#pogadANKI: małżeństwo 😊

Pytacie mnie często o sposoby na szczęśliwe małżeństwo.
Postanowiłam, że w dzisiejszych pogadANKAch napiszę Wam kilka rad, które ułatwią Wam życie i sprawią, że będziecie szczęśliwi.

Będę Wam prezentowała spostrzeżenia na naszym przykładzie, żebyście bardziej mogli to sobie później zobrazować.

1. Pierwsza i podstawowa zasada – „przemilczeć”.

Zdarza się tak, że S czasem chce mi za coś zwrócić uwagę, ale postanawia, że jednak sprawę przemilczy.
Zdarza, się też tak, że to ja chcę zwrócić uwagę S i wtedy milczę. W zależności jak bardzo mi na tej uwadze zależy, ale nie dłużej niż 3 dni.

2. Nie przyznawanie się do drobnych przewinień – „zatajanie”.

Nie wypalajcie od razu na dzień dobry, że coś Wam nie poszło:
– Ania, zapomniałem podlać kwiatki jak prosiłaś.
– S jak zjeżdżałam z ronda, to najpierw pomyliłam dwójkę z czwórką, a jak chciałam zredukować na trójkę to mi na jedynkę wskoczyło.

Widzicie teraz, o co mi chodzi? Kwiaty przeżyły, samochód chyba też, a oszczędziliście sobie niepotrzebnego stresu.

3. Nie wyśmiewajcie publicznie swoich słabości – „podśmiechujki”.

Jeśli np. okaże się, że Wasz małżonek mimo swojej doskonałości nie potrafi posegregować prania przed wrzuceniem do pralki, przemilczcie temat i cieszcie się, że w ogóle mu się chciało. Niech Wam nie przyjdzie do głowy, pstryknięcie zdjęcia i wstawianie w internetach w celach śmieszków heheszków.

3. Nie obrażajcie się – „bez fochów”.

Ja: S może być ta sukienka, czy słabo i kupić inną?
S: Hmmm, no może coś innego Ci się jeszcze trafi.

Uspokój się. Chciał być delikatny. Nie doszukuj się tak oczywistych podtektów. Bez fochów, przytupów i wszelakiej złości, doceń fakt, że nie jest skąpcem.

5. Czas na Kawę – „kawosz„.

Pamiętajcie, że jeśli wszystko zawiodło i jednak się pokłóciliście, zawsze możecie zaproponować kawę.
Żaden mąż i ojciec dwójki małych dzieci jeszcze nigdy nie odmówił kawy. Niech więc będzie ona podwaliną, jak fikuśnie by to nie zabrzmiało, do pogodzenia się.

5. Broń ostateczna – „łóżko”.

Jest jedna rzecz jeszcze, której żaden facet nie odmawia i w każdej, nawet najgorszej sytuacji możesz z tej opcji skorzystać. Jest to łóżko. Bo nawet jeśli mąż i ojciec dwójki dzieci, będzie tak na Ciebie zły, że odmówi kawy, to uwierz mi na 100%, że snu nie odmówi.

Proste? Proste. 😊

I żyli długo i szczęśliwie… ❤️😊

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Dajcie żyć 😉

Nie wiem jak Wy, ale mi się czasem wydaje, że albo fejsbuk zakłamuje rzeczywistość, albo ze mną jest coś nie tak.

Bo ja nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś kto ma dwójkę małych dzieci codziennie rano:

– wstaje wyspany,

– czyta 100 stron książki o tym jak żyć,

– ćwiczy 45 minut minimum plus 20 minut się rozciąga,

– smaży gofry z mąki razowej

– sam gotuje powiodła, bez cukru – wiadomo,

a potem dopiero idzie budzić dzieci. I oczywiście o wszystkim tym pisze na fejsiku.

Ich dzieci wstają, same się ubierają w koronkowe sukienki, nie brudzą się przy śniadaniu i cały dzień siedzą na dywanie i grają w gry, ale tylko edukacyne, żadnych głupot.
Same się bawią i mama ma czas na uprasowanie ciuchów, pełny makijaż i kawę.

Jak już sobie to wszystko wyobrażę, to zastanawiam się czy to faktycznie ze mną jest coś nie tak.

Codziennie rano, jak słyszę, że maluchy wstały, to z nadzieją w sercu udaję, że śpię, a one się nabiorą. Zawsze liczę, że jeszcze usną, chociaż jeszcze nigdy się tak nie stało. Ale zwyczajnie boję się przegapić szansę jeśli tak kiedyś się stanie.

Z wyra się zwlekam jak zoombie i zastanawiam się, czy to już na pewno była noc, bo jakoś krótko chyba.

Potem jest ubieranie. Na śpiocha jeszcze, ale dzieciakom to nie przeszkadza. Oni są wyspani i od rana wykorzystują nagromadzony przez noc zapas energii.

Więc dramat zaczyna się od jakichś 40 minut przepychanek w stylu: proszę daj nóżkę, nie rób tak, najpierw się ubierzemy, nie idź tam, nie zdejmuj, powiem tatusiowi, uspokój się, nie mam siły tak za Tobą biegać więc przyjdź jak się namyślisz.

Potem jest śniadanie. Czyli kolejny dramat w kilku aktach. „Nie będę jadł, nie jestem głodny, chcę naleśniki”. Są więc naleśniki z dżemem (sklepowym wiadomo) lub jak bardzo głodni i nie protestują to jajko lub parówka.

Po śniadaniu się przebieramy, bo przecież to tu kapło, to tu coś wypadło. Brudni, ale najedzeni, więc to już połowa sukcesu.

Moja kolej. Lecę na górę szybko się ubrać. Przez głowę mi nie przechodzi nawet żeby prasować, no bo i w sumie co? Leginsy?

I kiedy już znajdę chwilę, miedzy zabawą w dinozaury i piżamersów, żeby sobie zrobić kawę, to i tak o niej zapomnę. I stoi tak pół dnia i czeka na podgrzanie w mikrofali.

I kiedy wreszcie ją piję, prawie ciepłą, prawie smaczną, to sobie myślę, że chyba naprawdę muszę wygospodarować czas i faktycznie poczytać, bo nie umiem żyć.

Jak inne oczywiście.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Mam i ja 😁

Kilka dni temu, wieczorem, kiedy maluchy już spały, stałam przy zlewie i zmywałam naczynia. Błądziłam myślami gdzieś daleko i nawet nie zauważyłam, że do kuchni wszedł S.

S: Ania, o czym myślisz?
Ja: Osz kurde, przestraszyłeś mnie.
S: Bujałaś w obłokach.
Ja: O bzie myślałam.
S: Boże Ania, czemu o bzie?
Ja: Bo wszyscy na Insta wystawiają zdjęcia bzu i rzepaku. Właśnie myślałam, że brakuje mi zapachu polskiego bzu.
S: No fakt, bez fajnie pachnie.
Ja: No nic, idę na górę jeszcze pranie poskładać.
S: Ok, a ja śmieci wynieść.

Na górze zajęłam się ciuchami i zapomniałam już o całej rozmowie. Okno w pokoju miałam otwarte i słyszałam jak S gniecie plastikowe butelki i segreguje śmieci. Nawet uśmiechnęłam się pod nosem z tych domowych, swojskich odgłosów i pomyślałam, że tak „brzmi” dom.

Po chwili usłyszałam jakiś dziwny dźwięk na zewnątrz. Jakieś szarpanie jakby, szmotaninę. Przestraszyłam się. Psy sąsiadów zaczęły ujadać i słychać było trzepot skrzydeł spłoszonych gołębi. Zbiegłam na dół. Usłyszałam jeszcze kilka siarczystych przekleństw. Pomyślałam, że ktoś napadł S w ogrodzie. Serce mi waliło, myśli galopowały.

Wpadam z impetem na dół, a w kuchni, odwrócony do mnie plecami, stoi S.

Ja: Jezu, co się stało?

Odwraca się, w ręku cały bukiet pieknego, fioletowego bzu, a na twarzy… szrama.

Ja: Boże S, jaki piękny. Co się stało? Skąd go masz?
S: Od sąsiada skubnąłem, tylko ciemno trochę i chyba się podrapałem.
Ja: Boże, jesteś kochany. To było mega słodkie. Kocham Cię.
S: Ania, ja Ciebie też, ale po rzepak już nie pójdę.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Siusiuuu 😉

Kilka miesięcy temu zdecydowaliśmy z S, że Felutek jest już na tyle dużym chłopcem, że musimy spróbować odpieluszkowania.

Pierwsza próba kilka miesięcy wcześniej okazała się niewypałem, więc tym razem do tematu podeszliśmy spokojniej. Nic nie czytalismy, nie sprawdzaliśmy i nie słuchaliśmy wszystkich radzących, tylko zdaliśmy się na intuicję.

I nie mówię, że to było złe, ale żeby jeszcze to ta właśnie intuicja prała, suszyła i składała pierwsze dwa dni.

Trzeci dzień okazał się przełomowy i Feluś załapał. Cieszyliśmy się jak dzieci, mimo że zdarzały mu się jeszcze wpadki. Problemem okazało się wyjście z domu.

Przez prawie trzy tygodnie jeździliśmy wszędzie z nocnikiem. Do lekarza, na kulki, na spacer. Zawsze pod wózkiem jeździł nocnik.

Kolejnym krokiem było sikanie na stojąco, jak tata. Z tym Felutek szybko się uwinął i teraz już we dwóch bezkarnie leją na deskę.

Problem był na podwórku. Bez toalety, bez nocnika nie było mowy. Nie chciał wysikać się pod krzaczkiem.
Co ja nie wymyślałam. Zbieraliśmy razem liście, kijki, kamyki i prosiłam, żeby obsikał. Mówiłam, że będzie to fajna zabawa. Niby chciał, ale miał blokadę.

Kilka dni temu wchodzę z pracy do domu i od drzwi Feluś melduje:

F: Nasikałem za szopkę.
Ja: Jeju, naprawdę? To wspaniale, bardzo się cieszę.
F: Jak tata.
Ja: Aha.

No i nie wiem czy S chwalić, że nauczył, czy opieprzyć, że leje w ogrodzie.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Hej wesele ❤️

W czasie urlopu w Polsce, mamy wesele w rodzinie S. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, bo spotkamy wszystkich i będzie rewelacyjna impreza, a z drugiej ciągle martwiłam się sukienką.
Ciężko dobrać fason dla kogoś kto waży prawie 90 kilo, talia mu wisi do bioder i ma sylwetkę kołka.

W sklepach nic ciekawego, same letnie kiecki, a jak już coś mi wpadło w oko, to kosztowało milion monet. Z pomocą, jak zwykle w podbramkowych sytuacjach, przyszedł S.

S: Ania, to czemu przez neta nie poszukasz? Jeszcze jest tyle czasu, że zdążysz odesłać w razie czego.
Ja: S, bo ja nie wiem jaki fason, żeby mi fałd i brzucha tak nie było widać.
S: Ania, olej. Zamów taką, jaka Ci się podoba. Nie patrz na fałdki.

Posłuchałam męża (tak, mi też się czasem zdarza) i znalazłam piękną kieckę. A do tego w moim ukochanym kolorze i modnym fasonie. Problemem okazał się rozmiar.

Ja: Znalazłam, chcesz zobaczyć?

Pokazałam, a on uznał, że bardzo fajna i niedroga.

Ja: Ale ja Kocie nie wiem jaki rozmiar. Musiałbyś mnie zmierzyć.
S: To dawaj.

S w wersji optymistycznej uznał, że z centymetrów brakuje mi tylko po 2-3 do rozmiaru 14, więc powinnam zamówić 14-tkę. Szczególnie, że 16-ka nie była dostępna.
Ucieszyłam się bardzo, że widzi mnie mniejszą, niż jestem w rzeczywistości i drugi raz jednego dnia go posłuchałam.

Dostawa była zaplanowana za 4 dni i przez te 4 dni prześladowała mnie myśl, że się nie zapnę. Nie nosiłam rozmiaru 14 od czasu porodu Felusia i jakoś czarno to widziałam.
Po 4 dniach, kiedy kurier ją dostarczył, nawet jej nie rozpakowałam. Czekałam, aż S wróci z pracy, bo wiedziałam, że mnie pocieszy w razie czego.
Jak wrócił i zobaczył, to od razu otworzył paczkę.
Sukienka była piękna. Super materiał, piękny kolor i bardzo na czasie.

S: Nakładaj.
Ja: Dobra, ale pewnie się nie zapnę.

Poszłam do łazienki, odwróciłam się do S plecami, wciągnęłam brzuch co łatwe nie było, stanęłam na palcach (co było głupie) i czekałam. S troszkę się gimnastykował, próbował kilka razy, a raz nawet sapnął.

S: Gotowe.
Ja: Zapiąłeś?
S: Tak.

Szok. Co prawda na wdechu pełnym, bez ruchu i nie było mowy o tańcu, że o jedzeniu już nie wspomnę. Ale wbiłam się! Wyglądałam trochę jak beza, ale co tam. S był zachwycony, a mnie oczarował kolor.

Całej tej sytuacji przyglądał się Felutek, ale nic się nie odzywał. Pytam go więc:

Ja: Felutku jak mama wygląda? Pasuje mi taka kiecka?
F: Nie, zdejmij mamo. Nie pasuje.
Ja: Ale to nie na teraz, to na wesele co Cioci E.
F: Nie pasuje Ci!
Ja: Synku, to co mamie pasuje?
F: Leginsy.

No więc tak, kieckę trzeba odesłać, a ja mam takie pytanie. E, mogę być na Waszym weselu w leginsach? Nie chcę, żeby dziecko straciło poczucie bezpieczeństwa czy stabilizacji, jak się matka raz do roku jak człowiek ubierze.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

#pogadANKI – fryzjer 😊

Feluś ma uraz do fryzjera. Nie wiem skąd mu się to wzięło i dlaczego tak się stało, ale ostatnie pół roku to były walki. Płacz, wrzask i lament jak tylko podchodziliśmy do salonu.
Umawialiśmy fryzjerów do domu, my do domów fryzjerów jeździliśmy. Nic. Bez szans. Wrzask, że nie, że boli. Dramat.

Z uwagi na to, że Felutek jest alergikiem, jest lato i bardzo ciepło, a i włosy ciągle w oczach, należało podjąć pewne kroki.

A, że doszły mnie słuchy, że wiele z Was boryka się z podobnym problemem więc lecimy z pogadANKAmi 😀.

1. PLAN I TAKTYKA.
Przez ostatnie dwa tygodnie codziennie idź na spacer i zajdź pod tego samego fryzjera. Otwieraj drzwi i jeśli dziecko zaczyna płakać: „że nie chce, że boi się pani” , zamykaj drzwi i odchodź. I tak dwa tygodnie.

Sądnego dnia, kiedy zdecydujesz się, że pora pożegnać czuprynę, idź pod te same drzwi. Kiedy dziecko rozpocznie swoją histerię, płacz i opętanie, Ty matka samo zło przystąp do akcji.

2. SPOKÓJ.
Kochanie, uspokój się, jak nie chcesz tutaj, to pójdziemy do innej pani, której się nie boisz. Tamta pani będzie bardzo miła i na pewno ją polubisz.

3. PRZEKUPSTWO. To jeden z najważniejszych punktów.
Obiecuj wszystko co Ci ślina na język przyniesie i jak leci. Ale cały czas nie zapominaj wspominać o włosach.
„Jak zetniesz to kupię Ci jajo i będziesz mógł wybrać sobie jakąś zabawkę na poczcie”.

4. OBIECANKI.
Obiecuj ile wlezie. Niech poniesie Cię fantazja. Wycieczki, psy, lody. W tym punkcie wszystkie chwyty dozwolone.
„Wrócimy do domu, to nalejemy basen w domu i będziesz zjeżdżał ze zjeżdżalni prosto do basenu”.

5. SZANTAŻ EMOCJONALNY.
Nie bójcie się go użyć wszak nasze dzieci trenują go na nas po kilkaset razy dziennie. Zacznij delikatnie „mamusi będzie smutno jak nie obetniesz”, po ostrą amunicję „to ja też będę płakać”.

6. I ostatnie, MYDLENIE OCZU.
Ostatnie, acz bardzo ważne. Ma na celu odwrócić uwagę. Skierować myśli w stronę gier i bajek.
” Mama wzięła tablet i telefon i będziesz mógł oglądać Maszę i Niedźwiedzia”.

Przebrnąłeś już przez wszystkie punkty? Nie pomogło niestety? U fryzjera jest dalej płacz i lament? Wycie, kopanie i szarpanie? Włosy fruwają wszędzie, a fryzjerka zaczyna się modlić?

Przetrwaj. To w najgorszym wypadku 10 minut. A jak maszynką do skóry, żeby na dłużej „starczyło” to i 7 nawet. Trzymaj, nie puszczaj, wyłącz emocje. Jemu nic nie będzie. Chociaż Ty, możesz mieć kilka dodatkowych siniaków.

Po wszystkim rozpogodzi się w sekundę, bo będzie pamiętał wszystko co mu naobiecywałaś. Bo Ty mu mówiłaś, żeby ściąć i ściął, nie mówiłaś, że spokojnie ma przy tym siedzieć.

Więc oto moja najważniejsza rada.
Nie kombinujcie, omińcie wszystkie punkty, bo naobiecujecie, a mimo wycia i histerii i tak pójdziecie na pocztę po traktor i do sklepu po jajo. A resztę popołudnia spędzicie dmuchając ten cholerny basen.

Photo by Iza.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Biała śmierć 😉😂

Ja to taka bezmleczna jestem. Mleko tylko do kawy, śmietana do zupy i ser żółty, ale tylko rozpuszczony. Nic wiecej i w żadnej innej postaci. Uraz mam z dzieciństwa. Przekarmili mnie rodzice. Twarogiem. Fuj. Wstręt mam. Jak byłam mała i chorowałam to rodzice zupę mleczną zawsze we mnie wmuszali. Ogólnie cały nabiał powoduje u mnie odruch wymiotny.

Za to mój S codziennie na śniadanie gotuje sobie owsiankę. Wstaje o 4:30 i przed pracą wsuwa całą michę. Dodaje do niej dwie łyżki dżemu, garść żurawiny i posiekane orzechy. Więc w sumie można powiedzieć, że zjada pół gara, a nie michę.

Ja za to codziennie rano na śniadanie jem parówki i wiem, że jak mój brat to czyta to się teraz za serce trzyma. Ale lubię i już.
S od dłuższego czasu namawiał mnie żebym spróbowała sobie gotować owsiankę rano, że będzie to wartościowe i ciepłe śniadanie.

Kilka dni temu stwierdziłam, że spróbuję. Ogólnie nie wyglądało to tak pięknie jak w jego wypadku, bo przy łobuzach dopiero o 12-tej udało mi się zdjąć ją z gazu. Mleko gotowałam 4 razy, a 2 razy mi wykipiało. Spaliłam też garnek.

No, ale teraz już wiem przynajmniej jaki cel w tym miał mój S. To podstęp był. Knuty miesiącami. Jak zwykle w białych rękawiczkach i bez żadnych dowodów.

On chciał mnie otruć.

Pffffeeee. Masakra jakaś. Przypomniały mi się wszystkie choroby dzieciństwa, język stanął kołkiem, a szczękościsk mam do tej pory. Zadzwoniłam do niego i mówię:

Ja: To najgorsza rzecz jaką w życiu jadłam. Pomijając twaróg. Porażka.
S: Weź Ty. Ja tam lubię. Ty po prostu Ania nie masz wyczucia smaku. Jedz te swoje parówki jak tak.
Ja: Sarkazm jest zbędny S. Żebym ja wyczucia smaku nie miała, to bym z Tobą nie była. A zamiast owsianki to już naprawdę wolę parówki. Tam to przynajmniej wiem co jem.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.