Przejęzyczenie 😊😉

Na wszystko co się mówi, trzeba bardzo uważać. Dotyczy to w szczególności mężczyzn. To właśnie faceci potrafią coś chlapnąć i czasem niefortunnie się przejęzyczyć.

Słyszałam o sytuacjach, w których przez przejęzyczenia małżeństwa się rozwodziły.
Ponoć kiedyś przy śniadaniu, jakiś mąż chciał poprosić żonę o sól i się przejęzyczył. Zamiast: „Poproszę sól” powiedział: „Ty mi małpo 20 lat życia zmarnowałaś”.
I rozwód gotowy.

Dlatego taka przeczulona na przejęzyczenia jestem. To z miłości 😊. Po prostu chronię S przed wypełnianiem wniosku rozwodowego, bo jest czasochłonny bardzo.

Często powie się coś bezmyślnie, czasem bez zastanowienia, a czasem zwyczajnie głupio się komuś wymsknie. Rozumiem to, bo sama tak czasem mam.

Dobrze, że nie jestem osobą pamiętliwą i o wszystkich przejęzyczeniach szybko zapominam 😊.

S od czasu kiedy jesteśmy razem, przejęzyczył się raz. Próbował się jeszcze ratować, w żart obrócić, zawał udawał.
Niestety słowo się rzekło 😉.

Byliśmy na spacerze i rozmarzyliśmy się na temat wygranej w totka.

Ja: Kredyty bym spłaciła i nasze i wszystkim, do Polski byśmy wrócili, dała bym na ten szpital, gdzie Feluś leżał, działkę bym koło T i Majki kupiła, żebyśmy mieli miejsce z dzieciakami na wspólne wakacje. A Ty Kocie?
S: A ja bym w rejs dookoła świata popłynął?
Ja: Popłynął? Ty? SAM???
S: Nie no Ania, no przejęzyczyłem się. Razem. My wszyscy.
Ja: Płyń S. Nawet dziś. Płyń!!! Nie trzymam Cię przecież!!! Płyń sobie!

A no właśnie. Słowa, słowa, słowa.
Nie mam mu tego za złe, bo się pomylił i już prawie zapomniałam, że to było 12.08.2015r. o 14:27 😉.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Plan dnia 😊💕

Nie mam czasu pisać. I naprawdę nie wymyślam. Ogarnąć się zwyczajnie nie umiem. Pomysły w głowie się kłębią, ale dzień jest za krótki.

Wstajemy codziennie między 5 a 6 rano, bo moje maluchy nie mają litości. Odegram się na nich za kilka lat, jak będą chodziły do szkoły. Więc narazie znoszę to ze spokojem, bo ponoć zemsta najlepiej smakuje na zimno.

Do 6:20 jesteśmy na górze i dzieciaki robią wszystko, żebym wstała. Skaczą po mnie, wkładają mi palce w oczy i nos, a dziś mnie nawet któreś po policzku polizało.

Od 6:20 na dole zaczyna się przewijanie, ubieranie, mycie, wojna o szorowanie zębów, kremowanie i czesanie. Schodzi mi się do 7, mniej więcej.

Pora na śniadanie. Codziennie Felusio chce naleśniki, a Buba kaszę. Jedną ręką smażę, drugą mieszam kaszę, jedną nogą odganiam Bubę od kabla od lodówki, a Felutka od kuchenki.

Koło 8 nakarmione, najedzone i brudne jakby 100 lat nie myte, targam do łazienki i szoruję jeszcze raz. Koło 9 Buba stwierdza, że jest zmęczona i chce na drzemkę. No jak się wstaje o 5, to tak jest. Usypia, a my z Felutkiem bierzemy się za gotowanie zupy. Po 20 minutach Buba z uśmiechem na ustach informuje nas, że żartowała z tym spaniem.

Pora na spacer. Uwielbiam, bo mam okazję koło 10 przebrać się z piżamy. Choć w tajemnicy Wam przyznam, że są takie dni, kiedy po prostu na piżamę nakładam kurtkę. Szykujemy się między 20 a 40 minut. Zależy czy dzieci zechcą współpracować.
Szwendamy się około godziny. Przecieramy szlaki, albo buszujemy w ogrodzie.

Wracamy na drzemkę. Mleko, mleko, misio, pieluszka, mały piesek, duży piesek, nioniek. I jesteśmy na górze. Kot. Kot został na dole. Lecę, bo przecież bez kota nie zaśniemy. Chyba było by za dużo miejsca w łóżku zwyczajnie.
Pół godziny walki, kotłaszenia, wstawania, skakania, leżenia i śpią.

Schodzę na dół kończyć tą nieszczęsną zupę, ale i tak w ciągu 1,5h biegam z dołu na górę jakieś 73 razy. Powinnam wyglądać jak Lewandowska po tylu przebieżkach, a nie jak Pudzian. No, ale trudno.

Zupa gotowa. Zbieram zabawki. Ogarniam. Jakby się (nie daj Boże) złodziej włamał, to by pomyślał, że ktoś go ubiegł. Albo by mu się żal mnie zrobiło i by posprzątał, taki bajzel mam 😜.

Wstają. Zmieniam pieluchy, ubieram, smarkam nochale. Mamaaaaaa aaaaammmmm. Więc zupa na tapetę. Na zmianę, po jednej łyżce..

Wraca Szanowny. Wręczam mu Bubę w drzwiach. Szybka relacja dnia, szaleństwo z dzieciakami, zupa.
Zakupy, obiad, ogarnianie. I wymarzona ciepła kawa 😊.

Wychodzę do pracy, wszystko na szale, 5 minut od domu, a zawsze na styk. W pracy zapierdziel, ale szybko mija.

Wracam. Śpią. Wszyscy. Szanowny też. Zasnął przy lulaniu.
Budzę, roznosimy maluchy po pokojach, prysznic, myjemy butelki, ja zmywam, S ogrania salon, kanapki do pracy i wdrapujemy się na górę o 23.

Biorę telefon, żeby coś napisać, ale ledwom żywa.

S: Zmęczona?
Ja: Trochę, a Ty?
S: Ja też. Kochane te nasze maluchy.
Ja: Tak. Ja to bym mogła mieć jeszcze jedno.

Ja: S?

Ja: Kocie?

Ja: Sssss? S? Ssssss?
S: Udaję, że śpię i nie słyszę.

😁😁😁

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Roboty nie przeskoczysz 😉

Że ja zawsze coś wymyślę.
Wykładziny zmieniać mi się zachciało. Ja się nie dziwię, że ludzie kupują dom, remontują 5 lat i się rozwodzą. Ja już jestem gotowa przynajmniej na separację 😉.

W tamtym roku udało się nam położyć panele w pokojach dzieci. Trzeba było zrywać całą podłogę, kłaść nowe belki i płyty, a dopiero na to panele. Było to nie lada przedsięwzięcie, ale Buba była jeszcze w brzuchu i teść większość zrobił sam.

Przy okazji jego wizyty teraz, pomyślałam, że może w naszej i gościnnej sypialni położymy wykładzinę. Na panele i remont nie mieliśmy pieniędzy, a nowe dywany super by pasowały. Szczególnie, że niedawno S skończył schody i stopień robił z wykładziny, a podstopień z paneli więc pięknie by się zgrało.

Teść jak zwykle wsparł nas w działaniu i w sobotę rano przyjechała dostawa wykładziny.

Chłopaki wzięli na siebie „remont”, ja dzieci i obiad.
Z pokoi trzeba było wszystko powynosić, meble porozkręcać i wszystko posprzątać. Zanim się z tym uwinęli, to obiad był już gotowy.

Usiedliśmy wszyscy do stołu, najpierw zupka, potem drugie, a na deser S zaserwował kawkę i chrust lany. Ja w tym czasie weszłam z Felusiem i Bubą na górę , bo Feluś chciał sobie poskakać po łóżku. Bawiliśmy się na piętrze i z dołu zaczęły dochodzić dziwne odgłosy.

Zorientowałam się po krzykach „leć Kamil, leć”, że już od godziny faceci oglądają skoki.
Rozejrzałam się po pokojach, wszędzie pobojowisko, robota „rozbabrana”, a oni olimpiadę oglądają. Trudno, niech oglądają. Nie mieszam się.

Minęliśmy się po pół godzinie na schodach. Ja z dzieciakami szliśmy pobawić się klockami, a chłopaki wracali do roboty. Około 18 zawołałam S, żeby mi pomógł wykąpać kurdupelki.

I słyszę jak gadają:

T: Patrz, jakoś nam tak zeszło bardzo.
S: Aj, bo to to, to tamto. Z dzieciakami tak jest.

Słucham? Jak to z dzieciakami? Chyba z tymi dużymi dzieciakami właśnie!

A ponoć sport to zdrowie, a mi nerwy szarpie 😝😝😝

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Zakazane zdania 😉

Mamy w domu notes. Jest to notes specjalnie kupiony dla S i jest podzielony na dwie rubryki.

Pierwsza rubryka to zdania, które gwarantują „szybkie spięcie”. Żeby Wam przybliżyć o co mi chodzi, to wymienię kilka:
„Surówkę mogłaś troszkę lepiej doprawić”.
„Co robiłaś cały dzień?”
„Nie pozmywałaś?”
-„Chcesz kawałek pizzy?”

Jest tego dużo, w zasadzie pół notesu. Są to takie zdania, po których „szybka” awanturka malowana. Jak S się nudzi i chce sobie podnieść adrenalinę, to losuje jedno z nich i rzuca jakby od niechcenia. A mi wystarczy 12 sekund, żeby mu udowodnić, że tak naprawdę nie chciał tego powiedzieć.

Druga rubryka, to zdania zapowiadające ciszę. Czyli standardowo S coś palnie, a ja do końca dnia raczę go błogą ciszą, bo focha mam. Do takich zdań zaliczają się:
„Mówiłaś, że jesteś na diecie”.
„Jakieś opięte te spodnie masz”.
„Nie Ania, nie dam Ci swojej karty”.
Ania, masz już tyle butów. Nie kupuj ich”.

I jedna i druga rubryka zapełniła już prawie cały kajet. Zaczynam się nawet czasem zastanawiać, czy dla S to nie jest nowe hobby.

Wczoraj na listę trafiło zdanie, które jest tak zwanym „kombo”. Zdanie to spowodowało i awanturkę i focha, czyli tzw. „Foszka z przytupem” 😁.
Z zaznaczeniem, że jeśli jeszcze raz padnie, to i S padnie 😝.

Pojechaliśmy z dzieciakami na kulki. Ganialiśmy, wariowaliśmy i szaleliśmy jakieś dwie godzinki. W tym czasie ja pstrykałam chłopakom zdjęcia, a chłopaki nam.
Wieczorem jak położyliśmy dzieci, wzięłam aparaty do ręki, przeglądam zdjęcia i mówię do S:

Ja: S zobacz jakie ja Wam piękne zdjęcia zrobiłam, a Ty nam takie paskudne.
S: Ania, no to co ja mam poradzić? No tak wyszłaś.
Ja: S jakbyś robił mi zdjęcia z miłością tak jak ja Tobie, to nawet na takich beznadziejnych ujęciach wyszłabym dobrze.
S: Ania, ale ja robię z miłością.
Ja: Jakoś tego nie widać.
S: Ania, bo Ty masz taką twarz.

I proszę! Malutkie zdanie, duży kłopocik 😉.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Syneczek tatusia 😊

Wpadła ostatnio Iza do nas. Na szybką kawkę i biznesy 😉.
S był w pracy więc z biznesów mało co nam wyszło, bo Felutek i Buba robili co w ich mocy, żebym czasu nie miała.
Na początek w standardzie kupa. Najpierw u jednego, potem u drugiego. Pić, jeść, pić, kupa. Mamoooooo.
Spoko, nie przeszkadza mi. Był czas przywyknąć.
Wchodzimy wszyscy na górę, Felutek pierwszy, a my za nim. I Felutek zaczyna sprawozdanie Izie:

– tata schody zrobił,
– tata śrubkę tu wkręcił,
– to tata tapetę położył.

Pośmiałyśmy się z Izą, że każde dziecko takie samo. I w sumie miło, że Felutek dumny z taty.

Iza zajrzała do jego pokoju i mówi:
Iza: A czyj to pokoik?
F: Mój.
Iza: I jakie łóżko masz fajne. Śpisz w nim?
F: Tak z tatusiem.

Pół godziny. Dosłownie. A tatuś to, a tatuś tamto. A mamusiu, a prawda, że tatuś…

Głupio mi się trochę zrobiło, bo wychodziło, że ja w domu to już nic nie robię.

I nagle słychać z małego pokoju jak Felutek nas woła.
Idziemy do niego, a on pokazuje na odkurzacz i mówi do Izy:

F: Odkurzacz, to mamusi.

Ufff dobrze mieć coś swojego 😂😂😂.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Odroczono 😁😊

Co on sobie myśli, że ja blondynka jestem? Jestem w sumie, ale z tych z naturalną inteligencją 😝. Może nie mam IQ jak Doda, ale dedukcję mam jak Sherlock Holmes.

Z pracy się spóźnił!!! Bezczelnie tak. Nie zadzwonił wcześniej, nie napisał. Ja z obiadem na stole, a go nie ma i nie ma. Schaboszczak stygnie więc dzwonię:

Ja: Gdzie?
S: Jadę.
Ja: Kurde S, ja z obiadem czekam!
S: Niedługo będę. Wypadek był. Wszystko stoi.

I na przerwie dziś zadzwonił tylko tak, na chybcika. Kombinuje coś jak nic. Ciekawe co?
Dobra. Poczekam, aż wróci i dam mu się wytłumaczyć. Nie rzucę się od razu. Spokojnie. Wypytam. Zobaczę, gdzie zabrnie. Dla niepoznaki obiad podgrzeję, żeby nie poznał, że jestem wkurzona.

„Ania, pamiętaj kamienna twarz”. Tylko spokój to uratuje. Zawsze mogę pedagogicznie wysłać Felutka na przepytki, przecież dziecka nie okłamie.

Podjechał. Spokój, spokój, spokój.
Wchodzi.

Ja: GDZIE BYŁEŚ? Co tam masz? Kręcisz coś S? Czemu nie zadzwoniłeś?

Kurde. Kwiaty.

S: To dla Ciebie Kochanie. Zajechałem po pracy. Chciałem Ci zrobić niespodziankę.
Ja: Dziękuję. Jesteś kochany😘😘😘. Ale przyznam się, że się domyślałam😉.

Taktyka i jeszcze raz taktyka.
Mówiłam, że spokój nas uratuje 😉😉😉.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Rodzinne beztalencia 😊😉

Nie wiem jak zacząć, żeby nikogo nie urazić, więc zacznę delikatnie.

Niektórzy ludzie rodzą się z olbrzymim talentem, który widać na pierwszy rzut oka. Czasem w niektórych talent się gdzieś w środku głęboko ukrywa. A czasem ludzie to totalne beztalencia.

Do akurat tej trzeciej grupy zaliczam się ja. Rysować nie umiem, jak śpiewam to dla S uszy krwawią, jak tańczę to Feluś pęka ze śmiechu.
Manualne zdolności na poziomie 0, ruchowe -2 .

Kiedyś wymyśliłam sobie, że podpatrzę w internecie jak rysują zwierzęta z liczb i pokażę Felusiowi. Bawiliśmy się przednio, ale humor popsuł mi S, bo on naprawdę myślał, że to Felutek malował.

Także uwierzcie mi, próbowałam.
I tak ma właśnie większość mojej rodziny. I pogodzeni z tym, postanowiliśmy, że każdy z nas w swoim beztalenciu znajdzie jakiś talent.

I taka np. Chuda, zaczęła szydełkować. Super jej to wychodzi, nie poddaje się i z każdą kolejną pracą idzie jej coraz lepiej.

Ja postanowiłam rozwijać się w kuchni. Trochę wymyślam, troszkę „ściągam” i ogólnie stukam garami.

E łowi ryby. Latem opala się na kładce, zimą tapla w przeręblu i łowi.

A umie usypiać dzieci. Rozbrykane, niegrzeczne, łobuzujące. Przytula, śpiewa do małych uszek „Barkę” i usypia hurtowo.

R wymiata w tańcu brzucha. Na każdej imprezie, bez kompleksów i zahamowań, czym zawsze rozbawia wszystkich (oprócz Majki 😉).

T super wędzi. Pysznie mu mięsko wychodzi. Zawsze wymyśla coś nowego i bardzo smakowitego.

Kuzyn Z, ma niesamowite poczucie humoru. We wszystkim znajdzie jakiś pozytyw i potrafi poprawić humor każdemu ponurakowi.

No, ale Majka to w wyszukaniu talentu w beztalenciu to akurat przegięła. Tyle dziedzin życia, tyle możliwości, a co wybrała moja siostra?

Moja siostra umie zlożyć prześcieradło z gumką w kwadrat.

I to w mniej niż minutę 😂😁.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.