Dokąd zmierza świat 😊😉

Przeraża mnie to trochę. Zaczynam bać się o swoją przyszłość.

Mama nasza zawsze była troszkę na bakier z techniką. Miała komórkę i jeśli coś chciała, to puszczała sygnał, a my oddzwanialiśmy.
Kilka miesięcy temu dostaję wiadomość:

M: ANIATUMAMAMAMNOWYTELEFONNIEWIEMGDZIESIEROBIPRZERWE
Ja: Mamo, tu Ania. Przerwa jest w „0”.
M: ANIA.CHYBA.NIE.NIE.UMIEM.ZNALEŹĆ.
Ja: Mamo, to spróbuj w gwiazdce.
M: ANIA JUŻ MAM DZIĘKUJĘ UCZĘ SIE PISAĆ
Ja: Nie ma za co Mamo. Zmień sobie jeszcze litery na małe.
M: °¢^¢]€×€}¢}¢[€{|{|}¢[€]¢{¢

Znaczy coś jej nie poszło. Zadzwoniłam i wytłumaczyłam jak to zmienić.
Z czasem mama się wprawiła i pisała do każdego.

Kilka tygodni temu dzwoni ktoś na Messengera. Odbieram zdzwiona i pytam:

Ja: Halo?
M: Ania? Haha udało mi się!
Ja: No super mamo.
M: I sama wykombinowałam. Maja mi tylko powiedziała, żeby dzwonić jak zielona kropka. Cieszę się, że mogę Cię zobaczyć.
Ja: Świetnie sobie radzisz.
M: Ania, a u mnie w okienku tylko moje czoło widać. Wiesz jak to zmienić.
Ja: Mamo, głowę odsuń.
M: Aaaa, no widzisz. To ja zawsze mogę dzwonić jak zielone?
Ja: Teoretycznie tak mamo, ale my mamy aplikacje w komórkach i ona ciągle się na zielono świeci.
M: Jak to w komórkach? To ja też tak mogę?
Ja: Nie mamo. Ty masz inny model.

Okłamałam trochę. Nawet nie wiem jaki model ma, ale znając mamę, jakby miała w komórce, to o 5 rano by dzwoniła, bo wtedy „jest najluźniejsza”. A komputera nie chce jej się tak rano włączać.

Szybko! Muszę wszystkich ostrzec, żeby utrzymać tą samą wersję 😝😝😝.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Cudowne ozdrowienie 😉

Angielska służba zdrowia mnie siłą perswazji wyleczyła. Noga nie boli… ze strachu chyba.

Pisałam Wam, że dostałam skierowanie na usg. Sądnego dnia pojechałam do szpitala, zarejestrowałam się i wtedy się zaczęło.

Pokulałam do wskazanej na liście i oddalonej o kilometr kliniki. Zgłosiłam przybycie i zajęłam miejsce w poczekalni. Po pół godzinie czekania zaproszono mnie do kliniki. Przyszedł pan pielęgniarz, odebrał ode mnie list od mojego lekarza pierwszego kontaktu i zaprowadził do pokoju zabiegowego.

Myślę sobie ufff, uwinęli się dziś. Ale pan niestety mnie tylko zważył (czym zepsuł mi tylko humor) i zmierzył, po czym wyszedł. Kazał czekać. Po 15 minutach wrócił z niebieską karteczką i wysłał mnie do rejestracji. Rejestracja na innym oddziale, ale pokulałam, bo co robić. Odczekałam swoje w kolejce. Pani w rejestracji to na mnie, to na kartkę i mówi, że to nie tu. Mam wracać. Kulam z powrotem. Czekam. Pokazuję kartkę. Mówią, że tam. Iść jeszcze raz. Noga odpada, ja kulam, ale trzymam nerwy na wodzy. Podaję kartkę w rejestracji. Pani sprawdza jeszcze raz, klika coś i mówi, że wracać, że dadzą teraz zieloną taką samą i z zieloną do niej znowu. Poważnie? Kulam w jedną, w drugą się już czołgam. Przynoszę zieloną. Czekać. Na stojąco. W końcu to niedorzeczne, żeby w przychodni ortopedycznej krzesła były potrzebne.

Przychodzi Pani, zabiera do przebieralni, każe się przygotować do rentgenu. Na nic tłumaczenia, że ja nie na rentgen tylko usg. Pani mówi, że lekarz kazał i już. Z tym, że ja od dwóch godzin na oddziale, a lekarza nie widziałam. Rentgen wyszedł dobrze. Iść do okienka. Po zieloną kartkę z pieczątką. Dają i każą wrócić do kliniki. Czołgam się. W klinice tłok. Każą czekać. Szlag mnie trafia. Pochodziłabym w nerwie, ale noga boli. Wywołują. Wchodzę. Czekać. Już lekarz idzie. Po 20 minutach przychodzi, maca kolano i mówi, że rentgen nic nie pokazał. Trzeba usg. No brawo geniuszu. Gdzie mam iść? Z niebieską kartką do rejestracji.

Bossszzzzzze!! Naprawdę? Wlokę się. Czekam, bo kolejka. Zabijam wzrokiem. Podchodzę do rejestracji i podaję kartkę. Pytam gdzie iść na to usg? Pani w rejestracji widzi, że zionę ogniem (jestem już w końcu u niej chyba piąty raz), odsuwa się i po cichutku mówi, że to nie od ręki robią. List przyjdzie. Czekać. Wizyta za około 6 tygodni.

Wracam do auta na parking. Nie kuleję. Noga się już poddała 😉.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Historia histerii 😉

Mieliście kiedyś taką sytuację, że nie wiedzieliście, czy śmiać się czy płakać?
Ja do takiej sama doprowadziłam.

Mój Synek ma trochę ponad dwa latka i uwielbia pluszaki. Ma ich dużo i wszystkimi się bawi. Karmi je, maluje z nimi, zabiera ze sobą na spacer czy na zakupy. Jeden, brązowy miś, jest jego ulubionym. Wszędzie go ze sobą „targa”.
No i właśnie, po tych wędrówkach miś był umorusany okrutnie. Myślę sobie, Feluś pójdzie spać, to wrzucę go do pralki i troszkę odświeżę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Miś mieszał się z ręcznikami i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że synek obudził się wcześniej.

Wchodzi do kuchni, patrzy na pralkę, na mnie, znowu na pralkę i ….. w bek.
Rozpłakał się strasznie. Szarpał za pralkę, dotknąć się nie dał. No histeria po prostu. Patrzę na pralkę – 14 min zostało, a wrzask w kuchni taki, jakby go ze skóry obdzierali.

Zwabiona krzykiem do kuchni wpada teściowa. Ocenia sytuację i mówi:

T: Ania, nic mu nie będzie.
Ja: Mamo, a jak on jakąś traumę będzie miał?

Z tego żalu nad kurdupelkiem też się rozpłakałam. Przez łzy skasowałam pranie i otworzyłam pralkę. Pół kuchni zalałam. Grzebię w tym praniu chlipiąc i szukam tego misia.

Misiek wyglądał jakby go pies zjadł i wyrzygał. Mokry taki, ciężki i kapiący.
Kiedy synek już go dojrzał i zobaczył, że mu go podaję, zaczął się śmiać przez łzy.

Bierze go w ręce, woda kapie, on mokry, ja mokra, kuchnia pływa, a on… a on mi podaje go z uśmiechem i mówi: „Mama suszyć misia!!!” i wkłada do pralki z powrotem.

😁😂😂

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Kocham Cię S 💕

Za nami wiele trudnych chwil,
Przetrwamy jeszcze nie jedną.
Porażki, upadki, niepowodzenia,
Przy naszej miłości bledną.

Wspierasz we wszystkim co robić chcę,
Na wszystko patrzysz z miłością,
Każdy dzień z Tobą spędzać razem
I jesteś dla mnie radością.

Choć nieraz kłótnie dzielą nas,
Stres, nerwy i zmęczenie,
Ty ze spokojem znosisz to,
Nawet codzienne „fuczenie”.

Chcę Ci powiedzieć, że kocham Cię
I nigdy nie przestanę,
Najlepszym mężem na świecie jesteś,
I zawsze przy Tobie zostanę.

P.S.
I jeśli przez myśl przeszło Ci
Walentynek nie świętować
To muszę bardzo zmartwić Cię
Będziesz Ty tego żałować 😂😂😂

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Guru 😊

Piękną pogodę mieliśmy ostatnio. Niby zima, a 15 stopni. Jak są takie dni kiedy nie pada, to spędzamy je całe na podwórku. Feluś szaleje w ogrodzie, a Buba drzemie sobie w wózeczku.

Zawsze pstrykam dzieciakom fotki i na bieżąco transmituję Majce.
Tak też było i tym razem.

Wysłałam kilka zdjęć jak Feluś kopie koparką w doniczkach z kwiatami, jak szaleje z grabkami i jak zjeżdża na zjeżdżalni. Wysłałam też kilka zdjęć śpiącej Buby.

Po kilku sekundach dostaje odpowiedź, że Felusio super, świetny, ale…

M: Ania, dlaczego Buba bez czapki?
Ja: Maja, bo u nas cieplutko i ona ma kombinezon i kaptur. Nie chce jej przegrzewać.
M: Anka, ale to jest zima i dziecko musi mieć czapkę.
Ja: Maja, no ale ona ma kaptur.
M: I uszy na wierzchu!!!
Ja: No dobra.
M: Zrobisz jak zechcesz, ale masz robić jak ja Ci mówię!
Ja: Dobra już, dobra.
M: Ja nie chcę tylko, żeby się przeziębiła.

Pożegnałam się z siostrą oschle, odłożyłam telefon zła, a wieczorem żalę się S.

Ja: Ona mi ciągle mówi co mam robić. Przecież ja jej nie przeziębię. Ciepło było…

I w tym momencie mój wywód przerwało pojedyncze kaszlnięcie Buby. Najpierw zamarłam. S dostrzegł panikę i strach w moich oczach i mówi:

S: Ania, spokojnie. To jedne kaszlnięcie.
Ja: Ludzie. Majka mnie zabije!!!
S: Spokojnie, nawet jeśli Buba się rozchoruje, to jej najwyżej nie powiemy.

Ufff, pupusię mi mąż uratował 😜😜.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Różowe love 😍

Dziś będzie sentymentalnie.

W końcu wkrótce Walentynki, miłość czuć w powietrzu, a od różowych i czerwonych serduszek mdlić ciutkę zaczyna 😝.

S poznałam w swojej pierwszej pracy w Anglii. Nasze pierwsze spotkanie można zaliczyć do bardzo nieudanych 😊.

Po wstępnej prezentacji przez znajomych i zamienieniu kilku zdań, ja oceniłam S jako „cham straszny”, a on mnie „bez szału” (oczywiście za plecami 😝).
Prawda była to, ale tylko połowiczna, bo S straszny potrafi być do dziś 😜😜😜.

Przez kilka kolejnych dni S pomagał mi się zaaklimatyzować w nowej pracy, a ja próbowałam dogadać się ze wszystkimi na migi.
Taka byłam zajęta, że nie zauważyłam, że S pracował na innym dziale, a mimo to ciągle mi pomagał. Po kilku dniach doszło do mnie, że koledzy przezywają go „elektron” , bo ciągle się kręcił w pobliżu.

W pracy dużo rozmawialiśmy. Na początku o głupotach, książkach, jedzeniu. Z tygodnia na tydzień tematy robiły się poważniejsze i dotyczyły rodziny, rozważań i celów.
Popołudniami S do mnie dzwonił i każdego dnia gadaliśmy jeszcze przez telefon po kilka godzin. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że S zabulił wtedy za rachunek prawie 100 funtów 😱😱😱.

S długo próbował mnie namówić na grilla albo na piwo. Po jakimś czasie mu uległam i którejś soboty szykowałam się do wyjścia. Umówiliśmy się, że S po mnie przyjedzie i zwiedzimy kawałek miasta.
Na randkę wyczekiwałam z bijącym sercem, spoconymi dłońmi i strasznym zdenerwowaniem.
Przyjechał na czas, wsiadłam do samochodu i wszystkie nerwy mnie opuściły. Poszliśmy na piwo, gadaliśmy, śmialiśmy się i dużo żartowaliśmy. S pokazał mi kilka fajnych miejsc i wracając do samochodu zatrzymaliśmy się pod katedrą. Popatrzyłam na S z zauroczeniem w oczach i mówię:

Ja: S to była fantastyczna randka.
S: Ania, ale to nie była randka.

I tak to się właśnie zaczęło 😂😂😂.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Photo by Iza 😍

Jestem genialna 😉. No dobra, prawie genialna. Tylko przy tym, lekko opóźniona też. O jakiś miesiąc, mniej więcej.

Jak już Wam pisałam, to MumMe doradziła mi kilka rzeczy. Jedne ogarnęłam od ręki, a nad innymi dumałam. Rozmyślałam nad zdjęciami. Czy z bezpłatnego banku, czy samej robić. Ale samej to trzeba mieć czas. Dobra, czas może bym i znalazła, bo w końcu 4 godziny snu to zbędny luksus. Ale do zdjęć trzeba mieć oko i wyczucie. Po zdjęciu od razu widać, czy ktoś ma talent. Po moich to niestety widać tylko, że z dziubkiem mi nie do twarzy 😂. Z banku łatwizna, a ja łatwizny nie lubię.

I tak dumam, dumam, dumam. I bach. Kurde mam. Mam!!! Jejku, ale ja głupia. Telefon i dzwonię:

Ja: Iza? Ja głupia. Co Ty nic nie mówisz. Toż Ty wiesz, że mi lewa półkula słabiej pracuje niż prawa i ja z opóźnieniem łapię. Przecież Ty robisz zdjęcia.

(Iza to moja koleżanka, Fotografka przez duże F, amatorka przez malusie a, bo jej zdjęcia są świetne).

Iza: Ania, ja nawet sobie myślałam…
Ja: Iza, tu nie ma co myśleć. Ja Ci dam zarys, Ty mi fotkę. Ty będziesz się rozwijać, a ja będę miała piękne, prawdziwe i naturalne zdjęcia.
Iza: Ania, ja muszę to przemyśleć. Zaskoczyłaś mnie. Ja mam kiepsko z czasem. Dam Ci znać.

Rozłączyłam się. I jak ją przekonać? Przecież to jest świetny pomysł. Dobra.
Dam jej czas. Niech przemyśli.

A co tam! Nie ma czasu na gdybanie! Trzeba działać.

Ja: Iza wysłałam Ci tematy, masz wolną rękę. Potrzebuję na jutro.
Iza: Haha, ale ja nie wiem.
Ja: Ale ja wiem 😉😊.

Widzicie. Tak się załatwia biznesy. Terrorem 😜😜😜.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.